Nie dość, że piszę mało, to jeszcze bezprzepisowo teraz będzie. Ale takie wydarzenie wymaga kilku słów. Być może kogoś tak zauroczy, że w przyszłym roku wybierze się do Danii, żeby zobaczyć to na własne oczy...?
Mowa o Europæisk Middelalder Festival, czyli po prostu Europejskim Festiwalu Średniowiecznym. Już w zeszłym roku miałam ochotę to zobaczyć, ale tak się złożyło, że akurat musieliśmy być w Polsce. Przyjemność więc mnie ominęła... Ale, co się odwlecze, to nie uciecze, i tym razem z mocnym postanowieniem planowaliśmy te dni.
Nie zawiodłam się. Było wspaniale, choć krótko. Impreza zaczęła się w piątek po południu, ale pojechaliśmy dopiero przed 22 - jednak praca potrafi nieraz płatać figle... Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już zupełnie ciemno. Parking przed komuną został zamieniony na wielki średniowieczny plac. Zamiast żwiru pod nogami mieliśmy ziemię z trocinami. Wszędzie płonęły pochodnie, które nadawały całości niesamowitych barw. Ludzie przebrani w średniowieczne stroje spokojnie przechadzali się alejkami, z kuflami miodu w dłoniach. Na dwóch scenach grały kapele z epoki. Muzyka niosła się wszędzie dookoła sprawiając, że wszystko stawało się jeszcze bardziej realne. Na rusztach nad ogniskami piekły się całe prosiaki, wszędzie gwar i śmiech. Byłam oczarowana! Nie mogłam się na to wszystko napatrzeć. Tyle pracy i wysiłku, żeby na dwa dni zmienić kawałek świata w średniowieczną wioskę.
Największe wrażenie jednak zrobiła na mnie dziewczyna z ogniem. Kiedy wymachiwała sznurami z zapalonymi końcami, patrzyłam jak zaklęta. Po prostu niesamowite! Bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy na całe pokazy.
Następnego dnia, w sobotę, mieliśmy w planie wybrać się jeszcze raz, nieco wcześniej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że zamiast lekcji duńskiego idziemy na festiwal! Całą grupą ruszyliśmy w ten barwny, niesamowity tłum. I znowuż nowe wrażenia. Tym razem były pootwierane wszystkie kramy, więc można było kupić odpowiednie stroje, niedźwiedzie skóry, dzwoneczki, zabawki, wina, piwo i mnóstwo innych rzeczy. Oczywiście musieliśmy spróbować średniowiecznych przysmaków. Były więc jakby podpłomyki przygotowywane w piecach, podane z kurczakiem i pysznym sosem. Jedliśmy też naleśniki - z brązowym cukrem, jabłkiem i cynamonem lub innymi przysmakami. O pieczonych w całości prosiakach już pisałam. Wielkie kawały mięcha podawane z pieczywem, które na odpowiednich stoiskach można było samemu przygotować i upiec w prawdziwym piecu chlebowym. Najbardziej jednak smakowały mi zwykłe jabłka w karmelu, posypane cynamonem lub orzechami. Krucha skorupka pękająca pod naciskiem zębów, miękki, ale zachowujący swoją jabłkowatość środek, i te orzechy... Z pewnością spróbuję przygotować takie coś sama.
Była też arena, na której odbywały się egzekucje i rycerski turniej. Można było podziwiać walki rycerzy, linoskoczków, akrobatów i błaznów. Jeśli ktoś miał ochotę, mógł spędzić noc w namiocie, lub poddać się masażowi (drewniana ława, na której trzeba się było położyć, nieco mnie przeraziła...). Jeśli ktoś chciał, mógł się przejechać na koniu któregoś z zacnych rycerzy. Do tego oczywiście odpowiednia muzyka - niezapomniany klimat, niecodzienne wrażenia.
Był też średniowieczny ślub - nie inscenizowany, ale jak najbardziej prawdziwy. Procesja, która przeszła główną ulicą miasta - też niestety nie mieliśmy okazji jej zobaczyć, ale z pewnością była bardzo ciekawa.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem pod urokiem pomysłu, wykonania, całej tej otoczki i pracy, którą w to włożono. Zjechali się ludzie z 25 krajów, żeby przez dwa dni czarować nas, zwykłych śmiertelników. Wiem, że w przyszłym roku też tam pójdę. Już nie mogę się doczekać!
Polecam serdecznie każdemu, kto tylko ma chęć i możliwości - to jest wyjątkowe doświadczenie. Ja będę to wspominać z przyjemnością jeszcze bardzo, bardzo długo.
Niestety - nie mieliśmy aparatu. Jeśli chcecie obejrzeć zdjęcia - serdecznie zapraszam na oficjalną stronę. Niech nie przeraża Was język - u góry strony jest przycisk, który tłumaczy wszystko na angielski.

Mnie ten jezyk nie przeraza, jet trochee podobny do szwedzkiego, ktorego sie ucze:) Kocham nie tylko Szwecję, w której spędzam co roku wakacje(niestety 2010 nie, bo zapisalam sie na kurs prawa jazdy:P) ale i wszystkie kraje skandynawskie. W Danii nie byłam, czego bardzo zaluje. No ale taki festiwal zdaje się byc kolejnym fantastycznym pretekstem do odwiedzenia tego kraju:) A w jakim miescie mieszkasz? W Kopenhadze?
OdpowiedzUsuń na zawszeMieszkam pośrodku niczego. Wśród pól. Ale do Horsens, gdzie był festiwal, mam 20 minut samochodem.
OdpowiedzUsuń na zawszeHmm... Języki pisane tych krajów są całkiem podobne. Sami Duńczycy mówią, że potrafią się trochę z Norwegami czy Szwedami dogadać. Myślę, że by Ci się tu spodobało :)
Mmm..det lyder godt.. Ale ja nie jestem obiektywny.. Kocham Danię, duński język, którego namiętnie się uczę już drugi rok, duńską kulturę.. Wszystko.. Niestety, do tej pory było mi dane bywać jedynie w przecudownej Kopenhadze.. Za to za rok mam w planach małą rowerową objazdówkę po rozleglejszych obszarach, to może i o ten festiwal zahaczę.. Zaintrygował mnie..
OdpowiedzUsuń na zawszea ja jestem z Vejle:) ale już powoli przymierzam się do wyprowadzki bo świat czeka:)
OdpowiedzUsuń na zawszeSpencer - festiwal jest cudny, polecam gorąco. Ja też zaczęłam się uczyć duńskiego - przypuszczam, że mamy jednak nieco inne wrażenia. Nasza nauczycielka prawie w ogóle nie mówi do nas po angielsku, ale chyba dzięki temu uda mi się szybciej załapać... Mam nadzieję ;) Naprawdę trudny język.
OdpowiedzUsuń na zawszeReve - Vejle jest śliczne. Bardzo mi się podoba. Uwielbiam przejeżdżać przez most, ale też spacerować główną ulicą. I niedługo znów się tam wybiorę - po dynie :)